Po znajomości

Dostać pracę po znajomości – w Polsce to wciąż raczej powód do wstydu niż do dumy. To zapewne jeszcze po trochu zaszłość z czasów komunizmu, kiedy to dobre stołki zawsze przyznawało się rodzinie i znajomym znajomych. Zresztą, dostawanie pracy po znajomości jest powszechne także dzisiaj. Nieprzypadkowo ten temat przypomniał mi się właśnie teraz, po wyborach, gdy w spółkach z państwowym kapitałem trwa karuzela stanowisk.

Zdobycie pracy czy chociażby jakiejś fuchy po znajomości kojarzy się w Polsce z nepotyzmem. Nikt się tym nie chwali, bo osoba taka często od razu dostaje łatkę niekompetentnej. Bo i po co komu znajomości, jeśli się ma talent i dużą wiedzę?
Nic bardziej mylnego.



Talent i wiedza mogą bowiem nie wystarczyć. Amerykanie wiedzą to od dawna, dlatego tam podejście do znajomości jest zupełnie inne. Wykorzystywanie swoich znajomych w celu zdobycia dobrej pracy nie jest w USA niczym dziwnym i bynajmniej nie budzi ono moralnych wątpliwości. Otrzymanie pracy po znajomości nie jest bowiem dowodem na brak kompetencji. Często o dane miejsce pracy rywalizuje kilka inteligentnych i odpowiednio wykształconych osób, więc to, że ktoś znajomy nas poleci, świadczy o jego zaufaniu do nas, o jego wierze w to, że poradzimy sobie dobrze w pracy (więcej na ten temat piszę TUTAJ).

Zaufanie innych do nas i do naszej pracy to słowo-klucz. W końcu owocnych znajomości nie tworzy się ot tak, z dnia na dzień. Też trzeba sobie na nie zapracować, bo ciekawi, ambitni, pracowici ludzie nie pojawiają się w naszym otoczeniu bez przyczyny. Oni też muszą mieć chęć, by spędzać czas w naszym towarzystwie – co oznacza, że też powinniśmy reprezentować sobą jakąś wartość.

W takim podejściu jest zawarta bardzo ważna zasada networkingu, której – mam wrażenie – wiele osób w Polsce nie rozumie: każdy z nas jest tyle wart, ile może z siebie dać. Brzmi jak pusty frazes, ale prawda jest taka, że im więcej możemy zrobić dla innych, tym lepiej to świadczy o naszej pozycji społecznej i sukcesie zawodowym. Dlaczego słynni miliarderzy zakładają fundacje, walczące z głodem i chorobami, wspierające często miliony ludzi? Może dlatego, że zbywa im dolarów. Może dlatego, że mają dobre serce i od dawna chcieli wspierać jakąś inicjatywę. Ale przede wszystkim dlatego, że mogą. Wielu z nas, chociaż byśmy bardzo chcieli, nie stać na pomoc na tak wielką skalę.

A skoro już jesteśmy przy miliarderach – często nie kryją się oni z tym, że ich znajomości umożliwiają im otworzenie wielu drzwi i ukręcenie kolejnego biznesu. To działa także na mniejszą skalę. Wielokrotnie na dużą rolę znajomości wskazywały mi osoby, które osiągnęły sukces na rodzimym rynku pracy. Talent i wiedza są bardzo ważne gdzieś do poziomu starszego specjalisty – później bardziej liczy się to, kogo się zna. Nie jest to oczywiście uniwersalna reguła – niemniej jednak, dla mnie jest to zrozumiałe, że wysokie stanowiska często są obsadzane z czyjegoś polecenia, bo nadzór nad jakąś ważną sprawą wolimy przekazać osobie, której ufamy.

Tymczasem w Polsce wiele osób traktuje networking jako okazję do zdobycia czegoś dla siebie lub ukręcenia na szybko jakiegoś biznesiku. I właśnie z tej przyczyny polskie spotkania “networkingowe” bywają żenujące – a o prawdziwy networking łatwiej jest na żeglarskim czy nurkowym wyjeździe… Networking nie polega bowiem na tym, żeby tylko brać. Często trzeba coś od siebie dać ze świadomością, że przez dłuższy czas lub nawet nigdy nie otrzymamy niczego w zamian.

Amerykańskie, pozytywne podejście do networkingu ma pozytywne konsekwencje w postaci braku zawiści. Osoby o takich przekonaniach nie podstawiają sobie nawzajem nóg i nie zazdroszczą sukcesu swoim kolegom czy koleżankom. Zamiast tego, cieszą się z ich sukcesów i pomagają, na ile mogą. Wiedzą oni, że im lepiej powodzi się ich znajomym – tym lepiej dla nich samych. To wciąż jednak nie jest popularne podejście w Polsce.

Osobiście bardzo podoba mi się podejście Amerykanów. W dorosłym życiu mamy bowiem ten komfort, że na ogół możemy wybierać, z kim spędzamy swój czas. Wzięcie za to odpowiedzialności to oznaka naszej dorosłości. I to powinno motywować nas, by wybierać mądrze: przebywać w otoczeniu ludzi, którzy ciągną nas w górę, motywują swoim podejściem do życia, ambicjami, umiejętnościami. Niektórzy płacą tysiące złotych mentorom mówiącym im, jak żyć – podczas gdy inspirację możemy znaleźć wokół siebie, jeśli tylko otworzymy się bardziej na ludzi. Nie chodzi tu tylko o podejście czysto zawodowe – tytuł czy stanowisko danego człowieka wcale nie musi być prognostykiem jakościowej znajomości. Prawdziwym skarbem są przecież ludzie, przy których po prostu czujemy się dobrze, którzy potrafią nas rozśmieszyć czy pocieszyć po niepowodzeniu, przy których możemy wyluzować i być sobą. Osoba, której możemy zaufać i na której możemy polegać, warta jest więcej niż kilkudziesięciu znajomych dyrektorów.

Analogicznie, oznaką dojrzałości jest umiejętność ograniczenia kontaktów z osobami, które ciągną nas w dół. Malkontenci i złośnicy uwielbiają mieć w swoim otoczeniu ludzi, którzy ich wysłuchają i razem z nimi ponarzekają – ale to nie oznacza, że to właśnie my musimy do nich należeć. Asertywna odmowa bywa trudna, zwłaszcza gdy znamy daną osobę długo - ale jest konieczna, jeśli w swoim życiu chcemy się rozwijać (więcej na ten temat, ze zdjęciami, znajdziecie TUTAJ).

Podsumowując: znajomości to nic złego. Nikt z nas nie funkcjonuje w całkowitym oderwaniu od innych ludzi, nie możemy być całkowicie niezależni od innych. Otaczanie się odpowiednimi osobami to często klucz do sukcesu – i nie ma w tym nic cynicznego. To, że spośród ogromnej liczby spotykanych na co dzień osób potrafimy wyodrębnić te, których towarzystwo sprawia nam radość i nas inspiruje - to właśnie świadczy o naszej dorosłości.

Jednocześnie, aby osiągnąć sukces, nie możemy się ciągle na innych opierać. Za naszymi znajomościami musi iść wiedza i ciężka praca. Jeśli będziemy piąć się po szczeblach kariery tylko ze względu na swoje znajomości, to zawsze będziemy świecić odbitym światłem. Aby prawdziwie zabłysnąć, trzeba coś sobą reprezentować. Trzeba być kimś.
Trwa ładowanie komentarzy...